Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: Miramin "Belgaari" - cz.5 - Preludium wojny  
Autor: Mira
Opublikowano: 2007/7/23
Przeczytano: 1058 raz(y)
Rozmiar 9.76 KB
0

(+0|-0)
 
V

Oddalali się od polany i przedzierali się przez gęstwinę. Rozmaite rośliny wciskały się w każdą, choćby najmniejszą szczelinę, czyniąc ścieżki niemal niewidocznymi i nadzwyczaj trudnymi do przejścia. Nagle z krzewów wilczych jagód dobiegło ich głębokie, stawiające włos na karku sapanie. Początkowo futrzaki były zdezorientowane. Nie potrafiły określić co wydaje ten chrapliwy dźwięk. Byli nie na żarty przerażeni, gdy sapanie stało się coraz głośniejsze. Nie wiedzieli skąd dobiegał dźwięk. Czuli się tak, jakby otaczał ich zewsząd, wypełniał wnętrza i przedzierał się do serc, a oczy w żaden sposób nie mogły przebić się przez bujną roślinność. Panika. To właśnie czuli. Nie byli pewni czy to „coś” ich zauważyło. Bali się jednak, że już zostali obrani za cel ataku.
Cisza. Jakby przez chwilę cały świat zamarł. Jeszcze przez kilka sekund wpatrywali się w wilcze jagody próbując dostrzec kolejne ruchy lub usłyszeć jakikolwiek szelest mówiący, że są obserwowani. Nic. Tylko złowroga, martwa cisza.
Przeszli kilkanaście metrów, by wyjść na nieco mniej zarośnięty roślinami teren, gdy ponownie usłyszeli znajome, mrożące krew w żyłach dyszenie. Świst powietrza ostrzegł kota przed zadanym przez demona ciosem. Unik prawdopodobnie uratował mu życie, jednak nie ominęły go pazury krwiożerczej bestii. Jego szyja zmieniła się teraz w palącą, krwawą ranę.
Wielki, prawie dwumetrowy,czworonożny lis o czarnej niczym smoła, lekko potarganej sierści i krwistoczerwonych oczach odskoczył od ciężko teraz rannego Calaffa. Przystanął, podniósł na wysokość swojego pyska łapę pokrytą ciemnoczerwoną krwią futrzaka i oblizał ją zachłannie, rozwiewając wątpliwości obu zwierzaków co do swoich zamiarów.
W szponach tego stworzenia kryła się tajemnica siły jego gatunku. Każdy demon miał w sobie rodzaj naturalnej broni. Jad u jednych był silniejszy, u innych słabszy. Jeszcze inne dysponowały śmiertelną trucizną, niemal ociekającą z ich szponów i kłów. Wszystkie piekielne stworzenia posiadały broń stworzoną z samej nienawiści. W legendach powiadano, że niektóre demony na tyle nienawidzą świata i żywych, dobrych stworzeń, że zło i nienawiść nie mając ujścia rozrywa serca i ciała tych wściekłych bestii.
Nie czekając na kolejny atak Equan postanowił użyć magii i wywołując niewielką „eksplozje” światła przywołał swojego chowańca – potężną czarną chimerę. Ciemna, lśniąca sierść pokrywała wspaniale umięśnione ciało magicznego lwa, a bordowa, dość długa grzywa falowała na wietrze i spływała łagodnie na kark, z lekka nachodząc na ogromne, błoniaste skrzydła. Samica zaryczała, a jej głos przypominał bardziej wściekły, acz dźwięczny krzyk niż ryk zwyczajnego zwierzęcia.

Paraliż Calaffa następował bardzo szybko. Widząc bezradność futrzaka monstrum skoczyło nań, by skończyć to, co zaczęło. W tej samej chwili chimera stanęła między nimi.
Gniew demona sięgnął szczytu. Nie mogąc zabić kota rzucił się do ataku dziko szarpiąc i kąsając chowańca. Equan domyślał się, że jad bestii nie działał na Nashuru, gdyż - jeśli opowieści Genabella były prawdziwe, w co nie wątpił - chimery zostały stworzone przez pierwszego z Upadłych jako jedne z najpotężniejszych demonów i umieszczone na jednym z księżyców Hossuaru. Nie są nimi jednak, gdyż jedna z nich walcząc w służbie okrutnego władcy księżycowych podziemi w Starym Mieście Gehaji zlitowała się nad dwójką dzieci i uratowała je ukrywając przed gniewem samozwańczego króla. Tego dnia za sprawą jakiejś pradawnej magii, wszystkie chimery w dziwny sposób wyzbyły się nienawiści, a ich serca oczyściły się ze zła. Stały się łagodne, jednak nieco słabsze niż dawniej, ale mimo to stanęły po stronie dobra i do czasu wygrania wojny broniły Gehaji i starały się odciągnąć inne demony od niewinnych stworzeń, które w zasadzie broniły tylko własnych domów... Po wojnie niewdzięczni ludzie, którym pomogły uznali je za zagrożenie. Wyłapano znakomitą większość z nich i przepuszczono przez portal, dzięki czemu ich rasa rozprzestrzeniła się na całym wszechświecie.

Tak, więc walczyły ze sobą dwie bestie. Obie stworzone z tej samej krwi. Krwi Pierwszego Upadłego.
Przywarły do siebie szarpiąc się wzajemnie przy każdej nadarzającej się okazji. Gdy na chwilę uścisk chimery się rozluźnił demon odskoczył, dał susa i znalazł się przy sparaliżowanym Calaffie i zaskoczonym protelu. Nashuru wiedziała, że już za późno na skok. Wiedziała, że jeśli szybko nie odepchnie stwora od swojego pana i jego towarzysza ten rozerwie ich na strzępy. W oczach chimery zabłysnęła iskierka. Wyglądało to, jakby to od niej zapalił się oddech zwierzęcia i z pyska wystrzeliła ognista kula o barwie krwi odrzucając przeciwnika. Demon z trudem jeszcze wstał, choć jego futro błyskawicznie zajmowało się ogniem i ku zaskoczeniu futrzaków zaczął zanosić się śmiechem i przemówił mrocznym, niskim głosem pochodzącym jakby od kilku stworzeń równocześnie, za to nie przypominającym mowy żadnego im znanego:
Głupcy! To dopiero początek! Pogódźcie się z losem tak jak ja to zrobiłem, a dana wam będzie niewyobrażalna siła...
Opadł lekko ze zmęczenia i bólu. W powietrzu dał się już czuć swąd palonego mięsa i sierści, gdyż zwierz na dobrą sprawę był już wielką,płonącą kulą zwęglonego miejscami mięsa. Mimo odchodzących płatów spalonej skóry zachował ten swój groźny, drwiący wyraźnie z nich wyraz twarzy, a jego oczy płonęły bardziej niż ogień na jego ciele. Lis z trudem wstał i nieco ciszej, co chwile przerywając mowę żałosnymi jękami i słabym wyciem świadczącym o niewyobrażalnych mękach i cierpieniu, ciągnął dalej
Nie powstrzymacie Raque, ale możecie...się do niego przyłączyć...I ja byłem kiedyś słaby...jak wy, ale otwierając się na jego moc...doznałem przemiany w istotę doskonała...
Urwał znów nie mogąc złapać tchu przez trawiące go płomienie, jednak nie poddawał się i spróbował skończyć, wyraźnie wyczerpany, acz nadal z pewnym siebie głosem
Powiadam wam, nędzni śmiertelnicy – On przyjdzie po mnie, a ja odrodzę się, by móc Mu służyć...i zabić was jeśli tylko mi na to pozwoli...
Wypowiadając ostatnie słowa wypiął dumnie pierś, a raczej to, co z niej zostało, spojrzał na nich władczo, po czym w ułamku sekundy zmienił się w kupkę popiołu i odszedł w wieczną ciemność.
Tak, jakby nigdy nie istniał...
Poważnie ranna i podrapana Nashuru podeszła chwiejnie do wpatrzonego w tlący się popiół pana. Zostali sami... Kot stracił przytomność jeszcze zanim demon, a raczej niegdyś taki jak oni futrzak, zaczął przemawiać. Przez kilka jeszcze sekund mag nie mógł się ruszyć i tylko stał w miejscu, nie mogąc jeszcze do końca pojąć tego co się stało...
Z transu wyrwał go kolejny szelest. Tym razem szybko zdał sobie sprawę z braku zagrożenia, gdyż zza drzew wyjrzała tylko drobna dziewczyna.
Kocica bengalska niemal potknęła się biegnąc w stronę nieprzytomnego Calaffa i przyklęknęła przy nim, podpierając lekko jego plecy i łeb na swoich nogach i przedramieniu. Patrzyła na niego przez chwilę czule, nakrapiając obficie jego futro swoimi łzami, po czym zwróciła się stanowczo do Equana:
Kim jesteś i co tu się do diabła stało? Ty mu to zrobiłeś?!
Dziewczyna niemal dusiła się łzami.
Z tej samej kępy drzew, z których przyszła dziewczyna, wychynęła się postać gekkona.
ssspokojnie, Belgaari... To przyjaciel... Prawda Equanie...?
Skąd... Nieważne... Trzeba się nim zająć... A ja nie wiem co ten demon mu zrobił i jak to uleczyć...
Demon?! Spotkaliście demona?! Cholera! Ale skąd wiedział gdzie nas szukać i dlaczego już teraz?...
Zmienił ton na bardziej rzeczowy, wyrażający mniej uczuć
Jesteś magiem, tak? Więc w zasadzie powinieneś sobie poradzić z uleczeniem go. Na jad, jak widzę jedynie paraliżujący, wystarczy zwykłe zaklęcie regenerujące użyte ze zdwojoną mocą. Dla Ciebie to zapewne nic trudnego... Tylko najpierw odwołaj chimerę, bo jest wycieńczona. Płomień na jej ogonie przygasa, więc zużyła więcej energii niż powinna, a zapewne jeszcze nieraz się przyda.
Tak naprawdę Equan nie wiedział jakie zdolności ma jego zwierzak. Przywoływał ją bardzo rzadko i to z reguły tylko dla rozrywki - to jest - do straszenia bojaźliwych futrzaków, których majątek przekraczał normę. Pamiętał, że mistrz wspominał o magicznych właściwościach tych stworów, ale jakoś nigdy nie spytał o to dokładniej i utwierdzony był w przekonaniu, że Nashuru nie umie niczego niezwykłego, co mogłoby być przydatne.
Musisz ją lepiej wyszkolić, bo jeśli tylko jeden demon sprawił jej takie trudności to z całą pewnością nie poradzi sobie z całą ich armia... No nie stój tak, bo zaraz zwierzak padnie ze zmęczenia!
Protel posłusznie wykonał polecenie i odesłał „bohaterkę” do... sam nie wiedział dokąd... Nigdy się nad tym nie zastanawiał i teraz też nie zamierzał. Zajął się też rzucaniem zaklęć regenerujących drugiego poziomu na bezwładne ciało kolegi. Wciąż myślał o tym co powiedział demoniczny lis... Jego słowa odbijały się echem w głowie maga i nie dawały spokoju.
To jest wojna... Śmierć i zniszczenie...
Mówiąc to sam do siebie skarcił się w duchu, że jednak w głębi serca nie wierzył w Jej słowa.

...przedostatni rozdział. Do końca chyba wytrzymacie ^^
 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.