Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: Miramin "Belgaari" - cz.6 - Wizje  
Autor: Mira
Opublikowano: 2007/8/23
Przeczytano: 1028 raz(y)
Rozmiar 34.21 KB
0

(+0|-0)
 
VI

Kiedy Calaff poczuł się na tyle dobrze, by iść o własnych siłach wyruszyli wreszcie w drogę. Genabella nie musieli długo szukać, gdyż, jak się okazało, cały czas obserwował ich poczynania za sprawą swojej magii. Gdy uznał to za stosowne, po prostu pojawił się przed nimi.

We mgle majaczyła ciemna sylwetka. Starzec był niski i przygarbiony, co jeszcze bardziej optycznie go „pomniejszało”. Śnieżnobiałe, nieliczne już włosy i przerzedzona broda kontrastowały z ciemną, pooraną licznymi bliznami skórą, a obłąkańczy uśmieszek i jedno, jak się domyślali, wybite oko sprawiało, że mężczyzna wydawał się szalony, a nawet trochę przerażający.
Ale to on był jednym z mocniejszych pionków w tej grze...
Oba futrzaki, Calaff i Equan, rozpoznali w tym dziwnym człowieku swojego starego nauczyciela. Ten ruszył w ich stronę i po dość krótkiej rozmowie zaczął wyjaśniać „co, jak i dlaczego”.
 Zanim zdołacie wpaść w kolejne tarapaty, powinniście dostać coś ode mnie...
W mgnieniu oka trójka futrzaków została przyodziana w lekkie pancerze i dodatkową broń. Protel mógł pochwalić się pięknie rzeźbioną, platynową laską z podejrzanie pobłyskującym kryształem wtopionym w jej czubek. Kocur dostał półtoraręczny lecz nadzwyczaj lekki miecz z tym samym, mieniącym się wszystkimi kolorami tęczy minerałem, a kocica niepewnie trzymała dość duży, zgrabnie wywarzony łuk z niezidentyfikowanego drewna. I na tej broni zauważyć można było tajemniczy kamień i dostrzec styl niewątpliwie tego samego specjalisty od magicznej broni.
 A Ty, Annarabahu...
Jak na starego szaleńca był naprawdę dobry w sztuczkach. Nawet takich jak czytanie w myślach czy zgadywanie imion
 ...bądź tak miły i skontaktuj się z Podróżnikami. Powiedz, że nie przegramy.
 Ale miałem rozkaz, żeby...
Genabell tylko machnął lekko ręką i gekkon rozpłynął się w powietrzu.
Tylko Belgaari patrzyła na wszystko z lekkim niedowierzaniem. Bądź, co bądź, ale tylko ona jeszcze nie zetknęła się z mocą tego człowieka i nie wiedziała co mógł zrobić.
 Genabellu... to jest... mistrzu...
Calaff nadal był skrępowany tym, co wydarzyło się dawniej i sam nie wiedział jak ma się zachowywać wobec mężczyzny.
 ...czy naprawdę wierzysz, że wygramy...?
 Nie pytaj czy ja w to wierze. Sam uwierz. Raque jest potężny i może mu się udać, ale nawet jeśli przegramy, to zrobimy to z klasą. Jeśli zajdzie taka potrzeba, pójdziemy na dno razem z nim...
Przez chwilę stali naprzeciw siebie i patrzyli sobie w oczy. Wyglądało na to, że obojgu ciążyło to, co zdarzało się w przeszłości. Mistrz nie rozumiał ucznia, a uczeń mistrza. Teraz zdawali się udawać, że nic, nigdy się nie stało...
 W każdym razie musimy próbować. A jeśli boginie (od czasu spotkania Belgaari, Genabell wyznawał religię, w której twierdzono, że to właśnie ona, Xarah, Tarina i Ajra są odpowiedzialne za ład we wszechświecie) na to zezwolą, wyjdziemy zwycięsko z tej bitwy i zostaniemy bohaterami, których czyny staną się legendą...
Do rozmowy włączył się protel
 mistrzu, Czy nie powinniśmy znaleźć Litha?
 Już się o to zatroszczyłem, Equanie. Spotkałem go i nakazałem mu oszacowanie co się zmieniło i w jaki stopniu. Gdy wszystko załatwi uda się do króla po wsparcie.
 Skąd pewność, że król uwierzy w niebezpieczeństwo?
 Nie ma pewności. Wszystko zapewne zależy od tego kiedy sam odczuje nadejście Upadłego. Zazwyczaj wszyscy, ludzie i futrzaki, dostrzegają niebezpieczeństwo wtedy, gdy już jest zbyt późno na jakiekolwiek działania... Ech... Zawsze tak było, jest i najprawdopodobniej będzie... Lith dostał już swoją zbroję. Z tego co pamiętam zawsze chciał wyglądać jak Mare*. Teraz ma i srebrną zbroję, w której może się swobodnie poruszać, i wymarzone skrzydła.
 Hmm... Jak to możliwe, że dostałeś od tej całej Belgaari idealnie dopasowaną na dwumetrowego jelenia zbroję, hę?
 Ech. To jest właśnie magia. To tak jakby... „zbroja w płynie”, której kształt zależy od kształtu właściciela. A teraz chodźmy. Muszę jeszcze coś załatwić na górze Term.... Calaffie, ty też powinieneś przy tym być.

Pasmo, w którym znajdowała się poszukiwana przez nich góra leżało kilka godzin na północ od miejsca, z którego wyruszyli. W miarę zmniejszającego się dystansu las przerzedzał się coraz bardziej, a spod powalonych pni i wystających pnączy czy korzeni coraz częściej można było dostrzec przepiękne kwiaty i chowające się w niskiej trawie niewielkie zwierzęta. Całości jeszcze większego uroku dodawała krwista czerwień przebijającego sie przez chmury, zachodzącego już słońca. Wszyscy wydawali się oczarowani tym miejscem. Ogromne kwiatowe kielichy urzekały swoimi kolorami i jakby cichą, kojąco brzmiącą muzyką... Ta cudowna muzyka...
Tylko starzec wydawał się beznamiętnie patrzeć przed siebie i nie zwracać uwagi na te boskie wręcz dźwięki. Zatrzymał grupkę ruchem swojej drewnianej laski i przez chwilę rozglądał się uważnie po otoczonej jeszcze lasem dolince. Po chwili ciszy przemówił:
 Wyczuwam coś złego... Nie jestem pewien co to. Nie wiem czemu, ale zła magia wydaję się panować nad tym miejscem. Boje się tylko w jaki sposób może to nam zagrozić...
Zdawali się go wcale nie słuchać. Cała trójka wsłuchiwała się teraz w leniwie płynącą melodię. Wyglądali na otępiałych, a ich oczy „wlepione” były w największy i najpiękniejszy ze wszystkich kwiatów. Ku zaskoczeniu Genabella młodzi wojownicy zaczęli posuwać się chwiejnym krokiem w stronę owej rośliny. Ten próbował ich zatrzymać, ale oni uparcie brnęli dalej. Czując, że innego sposobu nie ma, postanowił zatrzymać ich magią i w ten sam sposób wyciągnąć ich umysły z sideł tajemniczej rośliny. Belgaari wydawała się jednak nie reagować i wciąż ze wszystkich sił próbowała oddalić się od grupy. Nagle, gdy Calaff – już w pełni świadomy i lekko podenerwowany tym co się dzieje – postanowił sam sprowadzić dziewczynę spowrotem, z każdej strony zaczęły wylatywać małe, świecące ciemnym światłem stworzonka.
Z wyglądu przypominali zwykłych ludzi i futrzaki o dość ciemnej skórze lub umaszczeniu. Byli jednak nie więksi od gołębi, a z ich pleców wystawały przeważnie granatowe lub krwistoczerwone skrzydełka. Przyglądając się ich przedramionom można było dojść do wniosku, że trzymają wzdłuż nich ostre, stosunkowo długie kolce. Były to jednak po prostu wrośnięte w ich skórę żądła, które wydzielały jakiś podejrzanie jaskrawy płyn. Ślepia spoglądały złowrogo na przybyszów. Wyglądały jak małe czerwone i czarne plamy (zapewne kolory skrzydeł i oczu zależne były od płci elfiastego stworzonka) na pyszczkach, których odcień był tak głęboki, że zdawał się pochłaniać światło.
-No to mamy problem...
Mówiąc to Calaff dobył miecza i cofnął się w stronę towarzyszy.
Genabell nigdy tu nie był, ale słyszał wiele dobrego o tej ukrytej kraince zamieszkanej przez elfy. „Ten cholerny demon coraz bardziej daje się we znaki...” - zaklął cicho i spróbował się skupić - „Jeśli nie zdążymy dotrzeć do pełni to możemy pożegnać się ze zwycięstwem...”


W tym samym czasie z opuszczonej jaskini, na Moczarach Nashai wyszła zakapturzona postać w towarzystwie swojego pachołka. Mały, zwinny stworek biegał wokoło swojego Pana. Musieli jeszcze dojść do Phix – Królewskiej Stolicy, by najpierw zapowiedzieć co się stanie. Upadli mieli obowiązek polegający na stawieniem się przed panującym władcą nim zrobią cokolwiek istotnego dla dalszego biegu historii planety.
Imię jego Raque. Ostatni z Upadłych – tak o Nim mówiono, a moc Jego była tak potężna, że na długo przed Jego przybyciem zaczęła uwalniać się i zatruwać umysły niewinnych i nieszkodliwych wcześniej istot. Nie planował zniszczenia planety. To, co zaplanował było od tego dużo gorsze. Pragnął całkowitego końca galaktyki, a może i wszechświata, a jako sposób na zdobycie przewagi uważał nastawienie mieszkańców Woy przeciwko swoim braciom. Tworzył Armię Wygnanych, których słaba wola pozwalała na przejęcie nad nimi kontroli, a ich „podatność” opierała się na pragnieniu władzy, odrzuceniu przez społeczeństwo, bądź niegdyś doznanych krzywdach ze strony innych futrzaków. Chciał śmierci wszystkich w promieniu kilkuset milionów lat świetlnych. Jego działania były uzasadniane tylko chęcią zniszczenia. On sam, tak jak inni Upadli, był istotą ponadwymiarową i nie potrzebował właściwie niczego do życia. Nawet miejsca, w którym mógłby istnieć. Odrażała go dobroduszna natura większości ludzi i futrzaków. Unicestwienie. Właśnie to było jego celem.
Choć Jego twarz zakrywał kaptur Można było dostrzec wyglądające spod niego żółte ślepia o wężowych źrenicach. Widoczne było też nienaturalnie gęste i czarne owłosienie wokół zrogowaciałej skóry nosa, czoła i podbródka. Ten, który kazał zwać się Królem Zła, wyglądał nie inaczej, niż tylko dziki, bezrozumny zwierz. Miał jednak moc. Tej właśnie mocy bały się inne stworzenia, a nawet demony. Dzięki temu miał pod sobą hordę maszkar, potworów i innych poczwar. W oczach Jego służącego było widać strach tak wielki, iż malec nie zawahałby się skoczyć w ogień, byle tylko nie stać się przyczyną gniewu swego Pana, bo Jego gniew był dużo gorszy od śmierci. Choćby najstraszliwszej...
Podróż do świata, w którym stawał się pół-śmiertelny ostatecznie dość mocno nadwątliła Jego siły. Choć był potężny, cała operacja wymagała zużycia tak wielkiej dawki energii, że gdyby próbował „wcelować” w Phix, by zaoszczędzić sobie czasu pewnie by Mu się udało... z tą prostą różnicą, że przed oblicze Króla musieliby przynieść pewnie Jego martwe już ciało. Oczywiście mógłby po potencjalnej śmierci przenieść się w inną, dowolną powłokę, jednak tylko przedstawiciele tej dawno już wymarłej, legendarnej rasy mogli w sobie utrzymywać i wykorzystywać tak wielką moc, nie doznając przy tym żadnych wewnętrznych obrażeń. Tak więc strata tego ciała oznaczałaby Jego ewidentną porażkę.
Musiał odpocząć... Zdecydowanie musiał. Zwykle regeneracja nie była długa.
Kolejny atut Jego ciała, niegdyś „zabranego” mieszkańcowi martwej już planety Plarth. Z niewiadomych przyczyn jej wymiary nie podzieliły się po śmierci gwiazdy... Planeta po prostu obumarła, być może dlatego, iż ta potężna rasa nie zamierzała poddawać się tym wszystkim „udziwnieniom” i woleli sami w jakiś sposób zniszczyć siebie i całą Plarth.
Po ostatniej podróży odpoczywał tylko około tygodnia, co zaowocowało szybkim zniszczeniem trzynastego wymiaru Woy. Niedowiarkowie nawet zbytnio się nie stawiali, a ignorancja tamtejszego Króla pomogła mu w dość dużym stopniu.

Z każdą sekundą małych demonów było coraz więcej. Widocznie wolały naprzeć na intruzów całym rojem, a już teraz widać było, że nie był to mała „rodzinka”.
Gdy najwidoczniej zebrały już swoje siły, było tego jakieś kilka setek, zaczęły szarżować na całą trójkę. Z jakiegoś powodu zależało im jednak na Belgaari i tym, by odłączyć ją od towarzyszy.
Genabell szybko rzucił Zasłonę, a Equan zaczął na ślepo miotać Kule Ognia, które, zważając na liczbę przeciwników, w znakomitej większości trafiały do celu... Jednak demonów nadal przybywało i teraz zaczęły się robić naprawdę wściekłe. Kilka dopadło już do magicznej zasłony i, ku zdziwieniu atakowanych, przegryzały ją. Z widoczną trudnością, ale jednak, robiąc przy tym niewielkie szczeliny, które stawały się coraz większe... I większe...
Stworzonka zaczęły przedzierać się do środka. Miecz Calaffa siekał już i tak z niewiarygodną prędkością, ale one nie dawały za wygraną. Nawet czarownicy zbyt się sforsowali i teraz potrzebowali odpoczynku.
Wtem, wydawałoby się, znikąd pojawiły się stworzonka podobne do tych, z którymi walczyli. Ich białe, bądź beżowe futra i delikatna, różowa skóra emanowały jasnym światłem. Były nieco mniejsze od napastników, za to uzbrojone i widocznie przyzwyczajone do walki przy użyciu białej broni. Poza zwykłymi żądłami miały miecze, rapiery, tarcze i lekkie pancerze. Aż dziw, że były w stanie unieść się w powietrze i jeszcze walczyć z takim balastem. Mimo tego iż były dużo słabsze i nieco obciążone, dzielnie dawały sobie radę. Może dlatego, że było ich więcej, a może dlatego, że były bardziej zgrane. Podczas gdy „te dobre” elfy tworzyły dużą, bardzo zgraną drużynę, ich przeciwnicy czasem zabijali siebie nawzajem w tym całym chaosie.
Jasne, w większości opancerzone ciałka zginały się i prężyły, by jak najskuteczniej uniknąć rozszarpania przez bestie. Wychodziło im to nadzwyczaj dobrze. Genabell, Equan i Calaff starali się pomagać jak potrafili najlepiej, jednak bali się przypadkiem trafić w któregoś z obrońców. Elfy zdawały się to zauważyć i odsunęły się od futrzaków i starca tak, by i oni mogli włączyć się do walki.
Strugi czarnej, ale i tej jasnoczerwonej krwi bryzgały dookoła. Śmierć zbierała okrutne żniwo wśród dobrych i złych elfów. Mimo że obie strony były odporne na jak przeciwnika, nie mogły nie dosięgnąć ich śmiercionośne pazury, kły czy miecze wroga. Przybysze jednak musieli zadbać, by żaden z demonów nie wstrzyknął im swego jadu. Nie wiedzieli jak ewentualnie możnaby powstrzymać truciznę, więc nie chcieli też sprawdzać jakie były skutki jej działania.
Gdy siły obu „armii” były wyraźnie nadwątlone, demony zaczęły się wycofywać. Wszystkie pozostałe przy życiu bestie zaczęły się chować w swoich kwiatach, a po Belgaari nie było śladu.
Byli zdezorientowani. Czyżby demonom chodziło tylko o nią? Czy tylko po to poświęcili tylu wojowników, by pozwolili jej się odłączyć? Sami nie wiedzieli co mają o tym myśleć... Ale przecież bez niej nie pokonają Upadłego. Jeśli boginka mówiła prawdę, nie mogło obyć się bez dziewczyny z innego świata. Genabell dobrze wiedział, że organizacja Podróżników będzie w to wszystko zamieszana i ostatnia osoba w jakiś sposób będzie powiązana z ich działalnością.
A teraz przepadła...
 Nie ma czasu. Ruszajmy, bo nie dotrzemy do jeziora na czas.
Przemyślał to dokładnie i wiedział, że może to być poważny błąd. Nie pozwolił jednak, by w jego głosie zabrzmiała choć nutka niepewności. Nie mógł być tego pewien, ale domyślał się, że gdyby kocica była potrzebna demonom tylko do tego, by ją zabić, raczej nie narażaliby tylu swoich. Wrócą po nią później – tak postanowił.
 Ależ to nonsens! Ona jest w niebezpieczeństwie!...
Mężczyzna uciszył Calaffa gestem podniesienia dłoni. Nie mógł sobie pozwolić, by zwątpili w to co robił. Już wcześniej wyczuł obecność Raque na tej planecie. Lecz wiedział też, że Upadły jest wyczerpany i ostatecznie Jego regeneracja daje im trochę czasu na działanie.
 Nie martw się. Nic jej nie grozi.
Sam chciał w to wierzyć...
 Ale przecież to nie Neisha! Ona nie musi się poświęcać! Ty i ta twoja pewność! Skąd to wiesz, stary głupcze?!
Calaff pożałował tego, że się uniósł. Tak naprawdę to tylko ten „stary głupiec” wiedział co należy robić. A on teraz odwrócił się i szedł w stronę jeziora. Jego dawny nauczyciel z pewnością wiedział co ma się tam wydarzyć i dlaczego to tak ważne. Skoro on tak twierdził to Belgaari *napewno* nie była w niebezpieczeństwie...
Genabell podziękował resztce ocalałych z bitwy elfów. Te jednak nie chciały się rozstawać i poprosiły o możność towarzyszenia potencjalnym bohaterom.
 Nic już nas tu nie trzyma,a nie chcemy skończyć jak nasi bracia.
W imieniu potakujących futrzaków, które widocznie miały silniejszą wolę od wszystkich ludzkich stworzonek i reszty swoich współplemieńców, wypowiadał się chyba najstarszy (choć tak naprawdę nie było tego po nim widać, chyba że wziąć pod uwagę sposób jego zachowywania się i mądrość) elf, z pozoru wyglądający jak malutki wilk ze skrzydełkami.
 I proszę. Uwierzcie, że nie ze swojej winy się tacy stali. Byli szczęśliwi i to dla nich chcemy walczyć... Być może jeśli wygramy, wszystko będzie jak dawniej, a my będziemy mogli wrócić do swoich domów, zamiast tułać się kolejnymi miesiącami po lasach bez swojej królowej. Zginął dziś mój brat, ale nie rozpaczam. Poświęcił się, byście wy mogli zrobić coś dla nas... Dla wszystkich stworzeń...
W oczach tych maleństw widać było ogromną nadzieję i wolę walki. Jak już to pokazali, skłonni byli do ogromnych poświęceń. Genabell nie mógł nie zgodzić się na towarzystwo kogoś, dzięki komu żyją.

Czerwona poświata zachodzącego słońca oblewała całą okolicę i czyniła widoki nieziemsko pięknymi. Ciemne kształty poruszały się na tle tego cudownego, krwawego pejzażu i brnęły przed siebie licząc każdą sekundę, a te coraz szybciej mijały i biegły dalej, ustępując miejsca kolejnym. Do jeziora nie było daleko, lecz zwarzywszy na ukształtowanie terenu mogli mieć problemy z dotarciem do jeziora Djar.
Choć łąki, skaliste połacie wyżyn i dolinki górskie po których się poruszali dawały okazję do obejrzenia niesamowicie pięknych widoków, oni nie mieli czasu się im przyglądać. Czekało na nich zadanie, które musieli wykonać. Raz tylko zatrzymali się na jednym z większych wzgórz, by spojrzeć w dół. Trochę dalej, u stóp najwyższej z gór pasa Haawr rozciągała się lustrzana tafla Djar. Widać było baraszkujące w ostatnich promieniach słońca syreny. W ich mokrym futrze i błyszczących łuskach odbijały się złocisto-rude refleksy, co sprawiało, że z daleka wszystkie wydawały się być tego samego koloru.
Pokonanie ostatniego, krótkiego, acz bardzo stromego odcinka zajęło im kilka godzin. Do północy zostało jeszcze trochę czasu, więc rozpalili ogień i spróbowali odpocząć.
 Kolejna osoba którą zawiodłem...
Ponurym tonem bełkotał Calaff sam do siebie. Nie mógł uwierzyć, że pozwolił, żeby odeszli bez Belgaari. Położył się i spoglądał na wyglądające zza chmur pojedyncze gwiazdy, jakby szukając w nich wskazówek.
W chwili gdy kot zadręczał się wspomnieniami, ukazał się księżyc tak jasno świecący, iż wydawało się, że nawet próbujące go zasłonić chmury, nie zdołają zakryć tak jaskrawego, mlecznobiałego światła.
W obozowisku zapanowało wielkie podniecenie. Kot wstał i rozejrzał się za Genabellem. Dojrzał go stojącego już z Equanem nad brzegiem. Ten, donośnie wrzasnął, by nikt nie podchodził, lecz Calaff wiedział, że zakaz nie dotyczy jego. Wszedł niepewnie w miejsce, gdzie promienie były najmocniejsze i stanął obok starca, który uparcie wpatrywał się w sam środek jeziora. I on spróbował się przyjrzeć.
Przez chwilę nie działo się nic niezwykłego, ale po jakimś czasie woda zaczęła falować nieznacznie, jakby coś właśnie wydostawało się na powierzchnie.
Equan domyślił się co za chwilę się stanie. Już raz to przeżył i choć niegdyś była jego przyjaciółką, nadal czuł strach przed Nią i Jej potęgą. Jej moc znacznie teraz przewyższała tę jego czy jego mistrza. Magia kapłańska uczyniła Jej duszę tak silną, że potrafiła nawet po stracie ciała porozumiewać się z żywymi. Nie wątpił też w to, że mogłaby zza grobu uczynić wiele innych niesamowitych rzeczy. „Całe szczęście, że jest po naszej stronie” pomyślał i skupił się na tym co się działo.
Na kilka sekund woda się uspokoiła.
„Zupełnie jak ostatnim razem” przeszło przez myśl protelowi.
Jednak to Pojawienie miało być szczególne. Gdy tylko księżyc ukazał się dokładnie nad środkiem jeziora, światło zalało całą okolicę. Jeszcze w odległych częściach krainy można było ujrzeć bijący stamtąd blask. Elfy były oślepione i przerażone tym co się działo, jednak coś kazało im nie panikować zbytnio.
Nikt prócz Bohaterów nie mógł niczego widzieć...

Wiele kilometrów dalej, tuż przed Phix, biały, odziany w srebro skrzydlaty jeleń poczuł powiew czystej, dobrej energii napływającej łagodnymi falami z południa. Była to od dawna jedyna pozytywna rzecz, która go spotkała, gdyż wcześniej, tak jak nakazał mu mistrz, poszukiwał wynaturzeń spowodowanych przez złą energię Raque. Jak zdążył się zorientować, ta anomalia trwała już od około pół roku. Może trochę dłużej.
Wiedział co się teraz dzieje... A raczej wiedział co miało się stać. Od jakiegoś czasu zaczął miewać sny z proroctwami. Nieraz odwiedzała go sama kapłanka, potwierdzając jego wizje. Wiedział, że każdy musi coś zrobić. W razie ominięcia jakiegoś szczegółu Raque miał wygrać. Neisha zapewniła, że czas nie grał tu roli, a to co miało mieć największe znaczenie wydarzy się wtedy, kiedy obie strony spełnią już wszystkie powinności.
Nie zamierzał tej nocy dotrzeć do siedziby Króla. Nie przed otrzymaniem kolejnej wizji, która – miał nadzieję – pokaże mu jak uświadomić władcy to, iż nie miał powodów do kłamstwa. Zatrzymał się trochę na zachód od miasta tak, by nie rzucać się w oczy przypadkowym futrzakom czy ludziom. Tego dnia nie spieszył się tak, jak zwykle to czynił, więc miał wiele okazji na krótki, acz sycący popas, nie widział więc potrzeby w dalszym objadaniu się. Biorąc pod uwagę fakt, że w miarę jak zbliżał się do miasta, trawa stawała się coraz krótsza i bardziej sucha, nie miał na to nawet zbytniej ochoty.
Chwilę jeszcze wpatrywał się w jasną poświatę na południu i zaczął chrapliwie drzemać. „Jak skończy to może i mnie odwiedzi...” Mając taką nadzieję pogrążył się w głębokim śnie. Choć sypiał co dzień po kilka godzin, wizje nieco go męczyły. Czuł się więc jakby długo już nie spał.

Tymczasem w miejscu, gdzie spotykały się teraz dwie rzeczywistości – wymiarowa i ponadwymiarowa – dwoje futrzaków i mężczyzna czekali na Jej nadejście.
Wody jeziora zdawały się rozstępywać, gdy na ich powierzchni pojawiła się półprzezroczysta, skąpana w jasnym świetle pantera mglista odziana w lekką, zwiewną szatę, utkaną jakby z nitek pajęczyny.
Dech zaparło w piersiach kotowi bengalskiemu... Tak dawno Jej nie widział... Tak długo chciał Ją zobaczyć... A teraz dotarło do niego, że rzeczywiście nie mógł Jej wtedy uratować, a nawet jeśli, to teraz i tak zginęliby wszyscy, a ona z nimi. Nie było innego rozwiązania niż to, za które tak długo się obwiniał i które sprawiło mu tyle cierpienia – był samolubny i dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że Ona po prostu chciała, żeby tak się stało...
Neisha podeszła bliżej brzegu – nie mogła jednak zejść z tafli, gdyż tylko na powierzchni wody mogła być widoczna dla śmiertelników – a z każdym jej krokiem woda delikatnie wznosiła się i opadała, tworząc łagodne fale, jak gdyby tworzyła się pod jej łapami lekka bryza.
 Przybyliście... A więc słuchajcie uważnie. Posyłają mnie Belgaari, Ajra, Xarah i Tarina. Wszystkie boginie Starego Świata. By przepowiednia o Końcu nie stała się rzeczywistością musicie zacząć działać. Nie winniście pozwolić jednej z was na odłączenie się, jednak posłanie drugiego ku Phix mądrym było posunięciem. I on dostanie instrukcje i dowie się co ma czynić. Chimera niech towarzyszy wam w całej drodze, gdyż i ona winna Bohaterem się stać, a jej moc znacznie wzrośnie po zdjęciu okowów posłuszeństwa magowi. Świadoma też będzie niebezpieczeństwa, więc z własnej woli naprzeciw złu stanie.
Czterech Uczniów, jeden Mistrz i Bestia udadzą się na północ, by pomóc stworzyć dwie armie. Jedną z nich pokierują dwoje Uczniów i Bestia, drugą zaś Mistrz i Uczeń znający magię. Dziewczyny jednak przeznaczenia nie wolno mi zdradzać, gdyż to od niej i pewnych czynników, zależne będzie to co zrobi.
Strzeżcie się demonów, gdyż armia Raque potężną będzie. Gdy Czarne Słońce wzejdzie, wszyscy staną do walki, a krew nasączy ziemie i obróci je w pustkowia.
W tym momencie urwała i spojrzała na Calaffa
 Synu Reana, boga-tygrysa. Zbliż się i nie lękaj mnie, albowiem nie chcę cię skrzywdzić.
Kot, z mieszaniną strachu i zafascynowania malującą się na pyszczku, wkroczył na taflę i stanął przed duchem dawnej kochanki. Woda wokół nich zaczęła się burzyć i tworzyć wir zamykając ich za ścianą wody.
Gdy już upewniła się, że zostali całkowicie odizolowani od reszty ciekawskich, pantera uśmiechnęła się lekko i przemówiła dużo mniej oficjalnym tonem:
-Witaj Calaff... Nie powinnam tego robić. Zakazano mi tego... jednak proszę - weź to...
Podała kocurowi srebrny medalion ze lśniącym, doskonale wyszlifowanym szafirem. Ten przyjął go z zaskoczeniem stwierdzając, że w jego dłoniach minerał zaczął zmieniać kolor na krwistoczerwony. Spojrzał pytająco w miejsce gdzie jeszcze przed chwilą stała dziewczyna.
Zniknęła...
A tyle jeszcze chciał jej powiedzieć... O tak wiele spytać...
W ułamku sekundy ściana utworzona przez kapłanką runęła, a on wpadł do wody tak nagle, że dopiero gdy zaczął się topić zdał sobie sprawę z tego, iż był pod wodą. Zaczął rozpaczliwie machać łapkami ściskając kurczowo w jednej z nich prezent od Neishy. W końcu tylko to mu po Niej zostało.
Zaczął się robić senny. Oczy zaszły mu mgłą, a brak tlenu sprawił, że nawet już nie walczył...

Jeleń wyczuwał obecność kapłanki, gdy ta udzielała instrukcji jego towarzyszom. Niemal słyszał przez sen co mówi, ale nie na tyle wyraźnie by cokolwiek zrozumieć. Nawet gdy jeszcze żyła istniała między ich umysłami swoista więź i choć nikt - nawet ich mistrz - nie wiedział o tym, oni nie mieli przed sobą żadnych tajemnic. Wiedział nawet co łączy, a raczej łączyło, Ją i Calaffa. Może nawet mu zazdrościł, bo zawsze wydawała mu się idealna... Możliwym jest, że nawet wiedziała o jego fascynacji sobą, ale nigdy nie dała tego po sobie poznać. Ucieszył się, że nawet teraz może kontaktować się z nią w ten sam sposób co niegdyś.
- Lith...
Nie mógł się obudzić, ale wyostrzył wszystkie zmysły...
 Lith... Słuchaj uważnie, bo to ostatni raz, kiedy mogę ci podpowiedzieć. O świcie idź do Króla i powiedz, że posyła Cię, Alwar, pokaż mu przy tym swoje skrzydła i powiedz, że to dar od niego. Przekaż również, że z jego rozkazu Król ma oddać pod Twoje dowodzenie *wszystkich* dorosłych futrzaków zdolnych do walki i ludzkich mężczyzn, gdyż kobiety są zbyt słabe. Jeśli powołanie się na boga-orła nie przyniesie skutków, opowiedz mu przy wszystkich swój sen..
I rozpłynęła się ustępując miejsca innym obrazom, jakby nie wiążącym się ze sobą logicznym ciągiem, a jednak wyraźnym i niemal żywym. „ Dziękuję...” - „wyszeptał” w myślach i zagłębił się w wizje, którymi obdarowała go pantera.
Ogień
Ciemność
Światło niknące za zasłoną mgły...

Z płytkiego pół-snu wyszarpnęły go mocne uciski na klatkę piersiową i potężny kaszel. Padł na czworaka i zaczął wykrztuszać z siebie duże ilości wody.
 cholera... Co to było...?
Spojrzał ukradkiem na swoją łapę, by upewnić się, że wisiorek nadal tam jest.
 Zdaje mi się, że nie umiesz pływać, stary kocurze.
Equan wyraźnie zadowolony z tego, że dzięki niemu przyjaciel nie skończył jako przystawka dla syren (wbrew pozorom były to krwiożercze bestie), uśmiechnął się drwiąco.
 Nie rozumiem dlaczego wszystkie koty tak nie lubią wody...
 przestań się... nabijać i lepiej... mi pomóż
 Aaale... To nie ja jestem winien temu, że nie umiesz pływać... Synu Reaana...
Zachichotał lekko, podniósł Calaffa i wziął go pod ramie. Wyraźnie minęło mu podniecenie z powodu ukazania się Neishy, za to dopisywał mu dobry humor. Czego nie można było powiedzieć o przemoczonym i charczącym co słowo „Władcy Miecza”, jak już zdążył go wcześniej przezwać protel.
 Zrób coś dla... mnie i się zamknij.
 Dobrze już, dobrze. Ale jesteś mi coś winien, bo to drugi raz jak ci pomagam, a analizując Twoją skłonność do wpadania w tarapaty obliczyłem, że najpóźniej za dzień lub dwa znów będę do tego zmuszony.
Futrzak wyszczerzył kły w kolejnym złośliwym uśmiechu po czym pomógł towarzyszowi dojść do Genabella, czekającego na nich przy migoczącym pośród mroku ogniu.
 Przygotowałem kilka mocnych zaklęć... Ech... Myślę, że możemy spróbować odbić Belgaari, ale niczego nie obiecuję. Nawet Neisha wspomniała, że nie powinniśmy jej zostawiać, więc podejrzewam, że może już być martwa lub niezdolna do wędrówki czy walki... Nawet nie wiem czy warto teraz próbować, bo pewnie tylko stracimy cenny czas...
 Wierzę, że ona żyje. Przecież to właśnie Neisha powiedziała, że Belgaari będzie miała dużą rolę do odegrania, więc nie mogła jej zabić zgraja jakichś przeistoczonych stworzonek... Żyje... Musi żyć.
Głos futrzaka brzmiał zupełnie tak, jakby ten nie miał wątpliwości do tego, że zahipnotyzowana przez elfy kocica nie została zabita. Jego wiara w to sprawiła, że Equan z równym zapałem postanowił przekonać mistrza, by zawrócić.
 Kocisko ma racje. Musimy wrócić...
Posłał krótki uśmiech Calaffowi. Nie zamierzał pozwolić, by jego przyjaciel znów obwiniał się za czyjąś śmierć, nawet nie wiedząc czy tą osobę można było uratować.
-...Czym byłaby drużyna, która pozostawia towarzyszy samym sobie...? Powinniśmy wrócić i pokazać tym latającym gnojkom, że trzymamy się razem i nie pozwolimy, by krzywdzono naszych przyjaciół!
Poklepał stojącego już o własnych siłach Calaffa po ramieniu ciągle patrząc w oczy mężczyźnie. Ten domyślił się, że jeśli teraz nie pozwoliłby im iść to już w tym momencie przegrałby w ich oczach i sam sobie udowodniłby, że jeśli jest jakimkolwiek mistrzem to tylko tchórzy.
 Niech będzie. Faktycznie Belgaari pewnie będzie nam potrzebna. Zwłaszcza, że ma przy sobie magiczny łuk i...
Nieoczekiwanie wypowiedź człowieka przerwało nawoływanie przywódcy (?) elfów.
 Bohaterowie...! Bohaterowie...!
Przyleciał widocznie podniecony jak najszybciej tylko mógł.
 Jakiś futrzak... Moi ludzie rozglądali się po okolicy i zobaczyli jak ktoś zbliża się od wschodu. Postanowiliśmy was jak najszybciej zawiadomić o czcigodni Bohaterowie.
Equan za pomocą słabej Kuli Ognia migoczącej ponad jego łapą rozświetlił obszar wokół nich tak, by mogli widzieć cokolwiek przed sobą i nie musieli iść na ślepo. Nie wiedzieć czemu wszyscy byli nieco poddenerwowani niespodziewanym gościem...
Po chwili szybkiego marszu stali już przy wpatrzonej w dal grupce fruwających futrzaków. Nie było sensu o nic pytać, bo zapewne stworzonka wiedziały tyle samo co oni - nic. Zamiast czekać aż kształt podejdzie na tyle blisko, by można było stwierdzić czy coś im grozi, Genabell polecił, by elf-wilk wysłał dwoje pobratymców na zwiad.
 Zmęczona młoda samica. Wygląda na to, że ten sam gatunek co ty, Bohaterze.
Kiwnął na Calaffa, po czym kontynuował:
 Znacie ją, o czcigodni?
 Czy to możliwe, aby...
Kot ruszył w stronę kuśtykającej postaci zanim Genabell zdążył dokończyć zdanie. Urwawszy więc, człowiek i protel pobiegli za nim i po niedługiej, acz męczącej przebieżce byli już prawie przy słaniającej się na nogach kocicy bengalskiej.
Belgaari wyglądała na wykończoną, ale dzielnie parła do przodu. Gdy tylko zobaczyła kompanów zmieszała się trochę i przystanęła podpierając się o stojące obok drzewo.
Calaff pierwszy dopadł do niej. Gdy zobaczył jak ciężko ustać jej w jako-takim pionie, natychmiast chwycił ją pod ramie.
 Belgaari, nic ci nie jest? Nie mogę uwierzyć, że... Właściwie jak się od nich uwolniłaś...?
 Ja... ja nie pamiętam... Wiem tylko, że gdy się ocknęłam... byłam już w tej okolicy. Nie chce o tym mówić... Zrozum, jestem wyczerpana...
Niemal zemdlała wypowiadając ostatnie słowa.
W tym momencie dobiegli pozostali i pomogli kocurowi donieść dziewczynę do obozowiska i posadzili ją przy ogniu. Po chwili zasnęła, a w ślad za nią cała reszta, pomijając trzymającą warte grupką elfów.

*Mare – bóg chaosu w religii najpowszechniejszej na Woy. Srebrny, ziejący ogniem daniel z czarnymi skrzydłami. Przy każdej dużej katastrofie, jeśli wierzyć ludziom i futrzakom, można go zobaczyć wraz z kilkoma bezrozumnymi niedźwiedziami słuchającymi go ślepo.

Proszę o wybaczenie za moją niekonsekwencję ^^' miał być ostatni rozdział, ale uznałam, że warto go rozbić na przynajmniej dwie części... Przeliczyłam się trochę, bo myślałam, że krótsze będzie, a teraz mam za swoje... Ech. Ale ufam, że nie zniechęcę tym do siebie nikogo...(?)^^'
 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.
0
(+0|-0)
woof
Wysłano: 28.08.2007 17:04
fajkojot
Człowiek
Dawno nie zaglądałem tutaj.
No, no, moim zdaniem dobrze opowiadaniu zrobiło przedłużenie :-)k Bo prawdę mówiąc, jak przeczytałem, że "preludium wojny" ma być przedostatnie to byłem zawiedziony i przekonany, że zakończysz to szybko.
Jako takich uwag technicznych nie mam, prócz tego, że dialogi są kiepsko odznaczane od tekstu. Czemu nie używasz myślników albo chociaż '? W tej części jeszcze jest w miarę, chociaż trochę dziwnie. Ale poprzednie dwie mnie męczyły trochę z tego powodu :P

Anonim
0
(+0|-0)
Re: woof
Wysłano: 28.08.2007 17:30
myślniki są, tylko u mnie np na tym żółtym/pomarańczowym/nie widze co to za kolor pasku po lewej i ich nie widać praktycznie :-Pk