Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: Miramin "Stwórcy" - cz.4  
Autor: Mira
Opublikowano: 2008/1/22
Przeczytano: 1169 raz(y)
Rozmiar 13.03 KB
0

(+0|-0)
 
Jednostka: Mściciel!

-Wstawać, odmieńcy! - dotarły do nas krzyki i głuche trzaski dobiegające z końca korytarza. Zdziwione przerwałyśmy rozmowę, a Kakira natychmiast podniosła się z mojego posłania i lekko uchyliła drzwi, próbując dowiedzieć się, co się dzieje. Kiedy tylko ujrzała pierwsze kształty, drzwi pchnięto z taką siłą, że lamparcicę odrzuciło i wylądowała na mnie, niewątpliwie boleśnie hacząc przy tym o mały stolik i przewracając resztkę świeczki nań stojącej. - Na zbiórkę, mutanty! - Wrzasnął facet w czarno-srebrnym, przylegającym do skóry mundurze i zamachał bronią przed naszymi nosami, by poprzeć swoje słowa groźbą. Sparaliżowane teraz strachem, leżałyśmy jedna na drugiej. Patrząc na nasze zastygłe postaci, mężczyzna zamachnął się nogą, by wymierzyć kopniaka – natychmiast, mówię, pierdo... - w tym samym momencie jego noga zatrzymała się tuż przed nosem lamparcicy. Pot spływał drobnymi kropelkami z jej sierści, a w przepaskę znów wsiąkały łzy. Ja... Ja nie mogłam pozwolić, by coś jej zrobił... Wiedziałam co teraz będzie... Ale i tak było zbyt późno. - ...Wy pierdolone suki...! Kolejna wiedźma?! - Mówił trochę ciszej i wolniej, jak gdyby zaczął się wahać. Opuścił nogę i złapał mnie z całej siły za ramię. - Ty... Już ja dopilnuję, żebyś nie dotarła na zbiórkę... A Ty, Kakira, spieprzaj na dół! – rzucił na odchodne i pociągnął mnie za sobą.

W tym samym momencie, tygrys z cichym rykiem wyrwał się ze snu. Głośno odetchnął i opadł z powrotem na poduszkę, gdy stwierdził, że to tylko koszmar. - Nawet nie spytałem jej o imię... - przemknęło mu przez myśl zanim znów rzucił się w objęcia Morfeusza.

- Dokąd mnie prowadzisz...? - na to pytanie, człowiek zaśmiał się tylko paskudnie pod nosem. Postanowiłam, że swoich mocy będę używać tylko w sytuacjach kryzysowych, więc pozwoliłam mu się ciągnąć bez większych protestów. W końcu korytarza skręciliśmy w prawo. Ta część budynku zdawała się nieoświetlona i wyjątkowo ponura. Mężczyzna włączył latarkę. Jeszcze przez kilka minut błądziliśmy wśród zaułków ośrodka, ale w pewnym momencie coś mnie tknęło – Te... Te drzwi... - wyjąkałam i zaczęłam się szarpać. Faceta w uniformie najwidoczniej to zdenerwowało. W mgnieniu oka przygwoździł mnie do ściany, dusząc przy tym jedną ręką i przystawiając mi do skroni broń w drugiej. - Jeden fałszywy ruch, kocia dziwko, a więcej nie znajdziesz okazji do poruszenia się... - Zastygłam. Byłam tak wystraszona, że nawet moja nieśmiertelność nie przynosiła ukojenia zszarganym nerwom. Schował swój srebrny laser i poprowadził mnie ku żelaznym drzwiom... Drzwiom z mojego snu. Wiedziałam co za nimi ujrzę.
-Dziwne... Nigdy nie zostawiają otwartych... - pchnął je lekko, a te wydały znajomy zgrzyt. Zanim weszliśmy spytał tylko – Wolisz umrzeć, czy stać się taka jak tamci...?

- Pięknie... Teraz już nigdy się stąd nie wydostanę... Ech – wymamrotała lamparcica sama do siebie, schodząc na parter.
Zdjęła opaskę. Jej oczom ukazał się niezwykły widok: setki futrzaków, a żaden z nich nie przypominał tego, czym był niegdyś. Spojrzała tęsknie na wilgotny jeszcze kawałek materiału. Wiedziała, że nie wolno im „udawać normalnych”. Byli w końcu armią... Armią ludzi-bogów... Armią, która miała siać postrach wśród tych, którzy ośmielali się sprzeciwiać ich potędze...
Stanęła wyprostowana w szeregu. Po prawej miała starego puchacza „Szuje...” pomyślała, patrząc na jego żelazny, naszły rudym nalotem dziób, szpony i części skrzydeł „Oderwać połowę i wstawić kupę złomu, tylko tyle potraficie...” Z lewej chwiała się na łapach wilczyca o czarnych, wspaniałych, naturalnych skrzydłach spływających miękko po plecach i opadających wdzięcznie na podłogę piórach. „Jeszcze jedna nowa.” - Dopiero wróciłam z operacji. O co chodzi z tym zebraniem...? - wyszeptała cicho nieznajoma, wciąż nie odwracając pyska, a jednak niewątpliwie zwracając się do Kakiry.
Z miejsc, gdzie adamantowe ostrza łączyły się z łapami, a platynowa zbroja na piersi, brzuchu i w kilku innych miejscach, przechodziła w futro, obficie kapała krew. Oczy miała przewiązane bandażem i cała dygotała. „Egzemplarz pokazowy” przemknęło przez myśl Kakirze, która zdążyła się już zorientować, że tylko takim wszczepiają „bezpieczne” i dość lekkie metale. To, czym szpikowali inne futrzaki, sprawiało, że po pewnym czasie ich mięśnie rozrywały się wręcz z wysiłku, niezdolne do dalszego dźwigania żelastwa, a sam metal, często nawet rdzewiał w ich wnętrzach, skażając przy tym ich szlachetną krew. Gdyby taka sama zbroja z innego metalu wgniotła się, ludzie zabiliby z miejsca nieszczęśnika, jednak „platynowe futrzaki” były zbyt cenne. Egzemplarze pokazowe były otoczone opieką medyczną, dbano o nie, żywiono odpowiednio i wystawiano jako przykład elitarnych jednostek, mówiąc, że każde stworzenie jest tak zadbane i zadowolone ze „służby”. - Sama nie mam pojęcia, szczęściaro – Trojgiem ślepi zerknęła jeszcze raz na samicę, podziwiając jej współgrające z pancerzem, napięte mięśnie, które nawet teraz poruszały się i tańczyły nieznacznie pod wpływem wysiłku włożonego w utrzymanie równowagi po zabiegu. Nie chciała się przyznać sama przed sobą, że przez ułamek sekundy pomyślała, iż tym razem ludzie przeszli samych siebie. - Szczęściaro...? - „nowa” odchyliła delikatnie bandaże, zrywając przy tym przylepione do nich strupy i spojrzała na lamparcicę, taksując ją od góry do dołu. Większą część oczu pokrywały świeże, lekko zakrzepłe grudki krwi i ropy, jednak przez malutkie szparki pomiędzy nimi, pałało bijące bladym blaskiem światło. Uśmiechnęła się, poprawiła opatrunek i znów odwróciła.
„Ciekawe co z Gari...?”

- Och... Dlaczego nie odpowiadasz, skarbie? - zarechotał i pchnął mnie w ciemność spowijającą pomieszczenie. Wszedł za mną i zamknął starannie wszystkie zamki, nie wiedząc, że mogłabym je otworzyć równie łatwo jak w swoim śnie.
Znów ta ohydna woń...
Nagle, tuż zza następnego zakrętu dało się słyszeć krzyki inne od wszystkich... Krzyki Fearrisy.

-Natakuuu... Wiesz, że zawsze miałem Cie za przystojnego, inteligent... - Nie – ma – mowy! - niemal krzyknął z poirytowaniem niedźwiedź. Xelf ugryzł się w język, po czym podsunął przyjacielowi krzesło, zapraszając do wcześniej przygotowanego przez siebie posiłku i ponowił próbę – ...Ale przecież nie wie... - Ooo...Mylisz się! Doskonale wiem o co chcesz mnie prosić! I oczywistym jest, iż się nie zgodzę, pani „piękne oczka”. - Mimo to był głodny, więc chętnie wykorzystał sytuację i usiadł do stołu. Tygrys był świetnym kucharzem. Bez zastanowienia zaczął chciwie pochłaniać swoją wielką porcję. Kotowaty usiadł obok niego i chwycił go za ramię. - Nataku... To pierwsza rzecz w moim życiu, którą naprawdę chcę doprowadzić do końca... - Ten burknął tylko cicho, wiedząc, że nie powstrzyma zakochanego futrzaka...

Mężczyzna widząc narastający strach i ciekawość w moich oczach, podsunął usta do jednego z moich uszu – Co...? Chcesz go zobaczyć? - szept był niemal niesłyszalny – Ja... - nie zdążyłam odpowiedzieć, bo znów szarpnął mnie i z siłą, z którą miałam okazję się już zapoznać, pchnął mnie dalej.
Otworzył kolejne żeliwne drzwi, identyczne jak poprzednie. Gdy tylko to zrobił, oślepiło mnie światło i ogłuszył rozpaczliwy i rozdzierający duszę ryk Fearrisy. „Nie pozwól im...” usłyszałam wyraźny, czysty przekaz myślowy. W umyśle dźwięczały mi niebiańskie odgłosy tysięcy krystalicznych dzwoneczków, utrudniając normalne odbieranie bodźców. „...Uciekaj...” szepnął ni to w moim, ni to w żadnym innym języku. W tej samej sekundzie moje zmysły się uspokoiły, a ślepia dojrzały ludzi w rażących tą wszechobecną bielą kombinezonach, próbujących uspokoić olbrzymiego, a jednak tak delikatnego w swej gracji i budowie futrzaka.
Mój mózg – o dziwo – nie umiał znaleźć dla niego nazwy.
- Fearrisy... - z zachwytem spoglądałam na szlachetny, mieniący się pastelowym błękitem pysk i stosunkowo długie, położone ze zmęczenia uszy. Od głowy, przez szyję i grzbiet, aż do samego czubka ogona – na którym płonął wątły, błękitny jak reszta ciała ognik – biegła wspanialsza niż u najszlachetniejszego z koni, stojąca, ciemnoniebieska grzywa. Mięśnie miał napięte, a jednak walcząc ze swoimi oprawcami, cały we krwi, nie uronił ani odrobiny z tej zadziwiającej sprężystości i swego rodzaju mistycyzmu. Kopał swoimi, jakby niepasującymi do reszty ciała, dość potężnymi łapami, poważnie gruchotając kości coraz większej liczbie naukowców i dość licznie przybyłych żołnieży. Zadziwiająca siła drzemała w tym wycieńczonym już futrzaku...
W smutnych oczach tliła się iskierka nadziei i żar... Mimo, że obrywał teraz potężne razy i wciąż rażony był prądem, nie widziałam w jego srebrno-niebieskich ślepiach wściekłości. Jedynie wolę walki... Walki o mnie...
„Uciekaj...!” dzwoneczki znów zadźwięczały w moim umyśle. Poczułam wszechogarniającą falę zimna i natychmiast uprzytomniłam sobie co się właśnie dzieje. Fearrisy miotał się potwornie, próbując teraz już wyrwać się odzianym w srebro i czerń żołnierzom. Kilku laborantów w bieli usiłowało zatopić w jego ciele połyskujące, ociekające różnokolorowymi substancjami igły z doczepionymi rurkami, które kończyły się poza zasięgiem mojego wzroku. Nade mną ludzie nie musieli się tyle męczyć. W ogóle nie ruszyłam się z miejsca... Ech...
Przeszyła mnie fala bólu. Nie zostałam uderzona, jednak...nie umiem tego wyjaśnić, ale... poczułam na sobie ból, którego to piękne stworzenie doznało w ciągu całego pobytu tutaj. Gdyby nie trzymający mnie ludzie, bez wątpienia padłabym na ziemię. On padł...
Z żalu zaczęłam płakać. Trwało to może minutę. Po chwili poczułam w sobie nową siłę i ryknęłam jak mogłam najgłośniej, przekierowując tym samym zainteresowanie ludzi z nieporuszającego się Fearrisy na siebie.
Napięłam wszystkie mięśnie i rzuciłam dwojgiem trzymających mnie żołnierzy – w tym moim „znajomym” - o podłączoną do większości urządzeń w tym pokoju aparaturę. Światło zgasło. „Uciekaj...” szepną tylko głos, tak cicho, że mój umysł niemal go przeoczył, ale ja już go nie słuchałam... nie słuchałam nikogo. Nawet siebie. - Kleo aari tava...! - ryknęłam skierowawszy swoje, lśniące teraz purpurą łapy w górę.

Na środek wyszedł potężny gryf. Egzemplarz pokazowy. Rozmiarami przynajmniej trzykrotnie przerastał swoich pobratymców. - Bracia... - Kakira była zirytowana „Co oni znów kombinują...?” pomyślała „I dlaczego pozwolili mówić futrzakowi?” W tym momencie zauważyła nieznaczny ruch po swojej lewej stronie. Mimo wyczerpania, wilczyca dumnie wypięła pierś, eksponując przy tym drobne żłobienia w pancerzu. „Co do...” - Bracia... Nie obawiajcie się. Nie chcemy was krzywdzić. Znaleźliśmy kogoś, kto ponosi odpowiedzialność za wszystkie wasze cierpienia.... - Wskazał na szamoczącego się, skutego łańcuchami i zakneblowanego człowieka. Był nagi i ledwie przytomny. Wędrował tylko niewidzącym wzrokiem po szeregach. Oczy zawiesił w końcu na wilczycy. Od czasu do czasu przenosząc wzrok na czarnego tą najgłębszą z istniejących czerni gryfa.
- Bracia...! Nasi przyjaciele, jako rekompensatę postanowili wydać tyrana w nasze ręce! - Oczy futrzaków otworzyły się szeroko ze zdumienia. Kilkoro wymieniło się komentarzami.
„Do diabła! Gari, gdzie się podziewasz...?!” Lamparcica zaczęła się bać. Była cholernie przerażona. Nie wiedziała co jest grane. „zaraz, zaraz...” Spróbowała wślizgnąć się niezauważona do umysłu rosłego futrzaka. Nie udało jej się. Niektórych barier nie była w stanie przebić, mimo swojej ogromnej psychicznej siły. Natychmiast spróbowała z więźniem. Bez problemu wdarła się do jego głowy i nie zważając na wykrycie, postarała się dostać do potrzebnych jej informacji... To, co zobaczyła, niemal zwaliło ją z nóg...
Podniecenie wśród rozumnych zwierząt rosło. Znakomita większość z nich tylko czekała aż człowiek znajdzie się w zasięgu ich stalowych szponów. Nie mogła czekać.
Sekundę po tym jak wystąpiła krok w przód, światło zgasło, a ogromną salę przykrył mroczny całun ciemności.
 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.
0
(+0|-0)
...
Wysłano: 22.01.2008 16:19
Tygrys z Cheshire
Anthro
Wielokropki. Kiedy zaczną uczyć ich używania w szkole.

0
(+0|-0)
Aww...xO
Wysłano: 24.01.2008 13:51
Kuciak najprawdziwszy!
Zmiennokształtny
Feh. No tak. Wiem, że troszkę to takie sobie i w ogóle... Wielokropki to niestety mój mały problem. Albo używam za dużo, albo praktycznie wcale... =/ Wrau. Tak w ogóle, to to jest czwarta część stwórców, ale mi się źle napisało --k

0
(+0|-0)
Re: Aww...xO
Wysłano: 24.01.2008 15:22
jestę kapibarę
aha. to poprawie.